Wiele florystycznych agonii mam na swoim sumieniu, zasuszyłam nie jednego kaktusa i bukiet w wazonie. Notorycznie wszystko co było u mnie zielone na zmianę, gniło z przelania lub usychało z niedostatku wody. "Nie mam do tego ręki" powiedziałam i przestałam się zielenią zajmować. Nie chcę, nie potrafię, olewam...
Ten stan trwał niezmącenie przez cały okres studiów, rozciągając się później na kolejne wynajmowane mieszkania. Aż okazało się, że roślinom nie potrzebna jest rozmowa, czułość, czy magiczne sztuczki. One, proszę Państwa lubią systematyczność, czyli raz w tygodniu nawóz i codziennie niewielką ilość wody.
Podlewam, nawożę, a mój balkon wygląda jak busz. Dzieciaki zaczynają już zbierać pierwsze pomidorki, ogórki już od dawna wcinają do kanapek.
W sklepie ogrodniczym kupiłam akebię, clematis, lobularię i kilka kwiatów, których nazw nie znam i poznawać nie zamierzam, bo rosną słabo więc za rok zamienię na inne. Mama podarowała mi pomidorki koktajlowe, ogórka i geranium. Sąsiadka przyniosła mi dynię. Na targu dokupiłam zioła i pnące truskawki, na tym samym targu za piątaka dostałam skrzynie po jabłkach. Trochę doniczek, kilkadziesiąt litrów ziemi wniesionej na drugie piętro i to wszystko rośnie. I to rośnie jak szalone.
Tylko trzeba codziennie podlewać... dwa razy... taki szczegół.
Clematis















